***********************************
ARTYKUŁY Z PRASY,
zdjęcia z wystaw,
dyplom, podziękowanie.
**********************************
Wystawa w Galerii Sztuki Współczesnej
(Warszawa, Metro Centrum)
czerwiec 2008 rok
Rozmowa - wywiad z Panem Cezarym Bizunowiczem
Portal rysuj.pl
Cezar: Witam serdecznie. Siedzę sobie otoczony Państwa obrazami i czuję się przyjemnie spokojny. Tak,
myślę, że to najsilniejsze z wrażeń, jakie odczuwam. Spokój, wewnętrzną siłę
i pewność. Nie jest to spokój leniwy, ani rozleniwiający, wręcz przeciwnie, zaryzykowałbym stwierdzenie,
że patrząc na Państwa obrazy aż „chce się żyć”, wstać z fotela i zobaczyć
na własne oczy miejsca i sceny uwiecznione w Państwa pracach!
Henryk Krajewski: My, podobnie. Siedząc przed komputerem i przeglądając portal rysuj.pl czujemy się,
dosłownie, jak u siebie w domu. Spotykamy się tam, na co dzień, z ludźmi serdecznymi, życzliwymi
i, co najważniejsze, kulturalnymi.
Mamy prawdziwą przyjemność znać Pana osobiście. Dlatego wiemy, że wypowiedź Pana na
temat wrażeń odniesionych podczas przebywania wśród naszych obrazów nie jest jedynie zwrotem grzecznościowym.
To jest właśnie to, o co nam chodzi. Satysfakcja. Skoro nasze prace tak oddziałują na tak wymagającego
Odbiorcę znaczy, ze nasze malowanie nie okazało się zwykłą stratą czasu.
C: Jak zaczęła się Państwa przygoda z malarstwem?
H.K: Może zacznę od niezbyt wysokiej gałęzi drzewa genealogicznego. Otóż, mój Dziadek, Feliks,
był artystą - rytownikiem. W mojej pamięci zachowały się Jego przepiękne albumy z bajecznie
kolorowymi obrazkami, przede wszystkim ptaków, ale również pejzaży i portretów. Niestety, jedynie w pamięci,
ponieważ wszystko przepadło, kiedy wypędzono nas z Warszawy po upadku Powstania Warszawskiego.
Mój Tata, też Henryk, uzdolnienia te niewątpliwie przejął, czego dowody dawał nam na co dzień,
a zwłaszcza przy odrabianiu lekcji rysunku za moją siostrę która, niestety, do ołówków się nie rwała.
Ja natomiast, od bardzo wczesnego dzieciństwa, jak pamiętam, fascynowałem się precyzyjnie zatemperowanymi
ołówkami Taty, który z wielką pedanterią o nie dbał i przechowywał je w specjalnym, ozdobnym pudełku
"pod kluczem", które wyjątkowo mnie intrygowało.
Ale malarstwo, jako takie, zniewoliło mnie dopiero w 35-tym roku życia.
Był to rok 1979. Pierwsza, zarazem ostatnia, podróż za ocean, do Nowego Yorku. Tam, spośród wszystkich olbrzymich
wspaniałości, prawdziwie zafascynowała mnie Statua Wolności. I naprawdę nie wiem, co mnie skłoniło
żeby ją namalować. Wiele miesięcy to pragnienie we mnie tkwiło, aż wreszcie odważyłem
się spróbować.
O technice malarskiej nie miałem "zielonego" pojęcia. Ale spróbowałem. Skleciłem z listewek ramkę,
umocowałem na niej grube płótno z worka i zacząłem malować... zwykłą
farbą olejną do futryn. Jaki był efekt, nietrudno się domyślić. Dopiero,
po jakimś czasie, dowiedziałem się o istnieniu sklepu z artykułami malarskimi. I tu znowu "schody"! Był
to okres tzw. "reglamentacji". Kupić można było wyłącznie za okazaniem legitymacji związku artystów.
Cóż, konieczność zmusiła mnie do popełnienia, swojego rodzaju, przestępstwa. Zamiast legitymacji
okazałem dosyć pojemną bombonierkę. Udało się! Dzięki temu zaopatrzyłem się we
wszystko, co mi było potrzebne. A farb kupiłem tyle, że dzisiaj jeszcze z nich korzystam.
I tak, kroczek po kroczku, bez niczyjej pomocy, choć o nią prosiłem, korzystając ze znanej i powszechnie
stosowanej metody "prób i błędów", powstawały coraz ładniejsze, według mnie, oczywiście, obrazki.
Temat? Oczywiście konie! Statua Wolności dopiero w 1981 roku.
Po dwóch latach "samokształcenia" nastąpiła dwudziestoletnia przerwa z powodu różnych perturbacji życiowych.
Ponownie zacząłem malować w roku 2002 na usilną prośbę mojej Żony, Barbary i pod "groźbą",
że zabierze mi wszystkie pędzle i farby i sama zacznie malować. W tej "przymusowej" sytuacji nie miałem
wyjścia. Uległem i tak pozostało do dzisiaj.
Dodam, że poza malarstwem, dla odpoczynku, nieudolnie gram na pianinie oraz piszę wiersze. Niektóre z nich można
przeczytać na mojej stronie internetowej.
A groźba Żony... spełniła się!
Początkowo dla zabawy, przy mojej niewielkiej pomocy, korzystając z moich "wypoczętych" pędzli i sporych
zapasów farb, zaczęła nieśmiało malować. Dzisiaj trapią mnie "wyrzuty sumienia". Odnosiłem
się do jej poczynań z lekkim lekceważeniem nie przypuszczając, że zabawa ta przerodzi się w
całkiem poważne działania. Okazało się bowiem, że z zadziwiającą łatwością
zaczęła robić ogromne postępy. Malowała z własnego wyboru trudne prace jak Alpy szwajcarskie,
ośnieżone góry itp. Po kilku miesiącach kilkanaście swoich prac zaprezentowała na naszej pierwszej,
wspólnej wystawie w domu kultury w Wyszkowie. Udowodniła, że jest obdarzona sporym talentem artystycznym, o który
nawet sama siebie nie posądzała.
C: To podobnie jak niejakiego Paula Gauguina. Śmieję się oczywiście, ale ten słynny malarz zaczął
malować w okolicach czterdziestki, w związku z czym nie było mu dane kończyć studiów w tym kierunku,
a swoją edukację oparł na własnych poszukiwaniach oraz wymianie doświadczeń i spostrzeżeń
z innymi twórcami.
C: Wiem, że Pani Barbara gra na fortepianie. Może, dlatego Pani obrazy są takie melodyjne? Mam wrażenie,
że są pełne dźwięków i delikatnie kołyszą się swoim rytmem. Potrafi Pani przelać
na płótno nuty, zmieszać je z farbami i rozprowadzić pędzlem.
Barbara Krajewska: Tak. Muzyka towarzyszy mi, właściwie, od urodzenia. Mój Tata, Wiesław Ptaszyński,
był pianistą. Potrzeba ciągłych ćwiczeń sprawiła, że muzyka fortepianowa rozbrzmiewała
w moim rodzinnym domu niemal bez przerwy. Oczywiście, od małego dziecka chętnie bawiłam się klawiszami.
I tak pozostało do dnia dzisiejszego. Muszę powiedzieć, że pianino które posiadam, odziedziczyłam
po moim Tacie i traktuję je jako cząstkę mojej rodziny.
Na szczęście mój mąż również jest muzykalny, więc panuje między nami pełna zgodność.
Na ogół, w czasie malowania, słuchamy muzyki. Są to zwykle utwory Szopena, Paderewskiego, Liszta, Szpilmana.
Bardzo chętnie słuchamy przepięknych utworów muzycznych w wykonaniu, trochę zapomnianego, Jana Kiepury.
C: Panie Henryku, jak Pan patrzy na twórczość żony?
H.K: Jak wyżej wspomniałem, początkowo pozwalałem sobie, z wrodzoną uszczypliwością,
na delikatne kpinki. Kiedyś powiedziałem: "nie będziesz tak ładnie malować jak grasz na pianinie,
ponieważ musiałabyś zacząć malować będąc w kołysce". I tu się pomyliłem.
Nie wziąłem pod uwagę zjawisk utajonych, niewymiernych, które tkwią przecież w każdym człowieku.
W przypadku żony chodzi o jej delikatność, wrodzoną wrażliwość artystyczną, wrażliwość
na piękno w najszerszym pojęciu oraz, co bardzo ważne, spostrzegawczość. To wszystko pozwoliło
żonie uczynić z pędzla instrument, za pomocą którego potrafi uzewnętrznić swoje uczucia. Moje
skromne doświadczenie, pouczenia, uwagi, rady, rychło stały się zbędne. Z zadziwiającą
łatwością przeszła do malarstwa trudniejszego, bardziej skomplikowanego.
C: Panie Henryku. Pana malarstwo różni się od twórczości żony. Pana prace sugerują, że ma
Pan niezwykle silny charakter. Dla mnie Pana płótna to uważnie opowiedziane historie, precyzyjne, ale jednocześnie
ciekawe i pełne życia. Ale obrazy nie mają chyba z Panem łatwo? Decyzja o tym, że obraz jest skończony
zapada po głębokim, uważnym namyśle?
H.K: Co do charakteru, zgadzam się. Nie chcę, aby to, co mówię, brzmiało nieskromnie. Będę
się starał określić siebie szczerze. Lubię wytyczyć sobie cel, do którego konsekwentnie dążę.
Nie wyobrażam sobie, abym od rana zastanawiał się co mam z dzisiejszym dniem zrobić. Plan jest zawsze
wytyczony z góry i nie znoszę odstępstw. To tak "z grubsza". Wiadomo, jak każdemu człowiekowi, zdarzają
mi się chwile słabości, np. konieczność znalezienia kompromisu, którego nie jestem zwolennikiem,
albo, co jest dla mnie bardzo bolesne, uleganie rozkazom żony. Cóż, siła wyższa. Oczywiście żartuję.
Jeżeli chodzi o malarstwo, słusznie Pan zauważył. Dbam o to, aby moje malarstwo jak najbardziej było
zbliżone do rzeczywistości. Chodzi o klimat, kolorystykę.
I wiem, że częste korzystanie z fotografii nie pomaga mi w osiągnięciu bardziej profesjonalnego traktowania
twórczości malarskiej. Wynika to z wewnętrznej potrzeby malowania w miarę precyzyjnie, ale również z braku
odpowiedniego wykształcenia. Przecież jestem samoukiem. Czy to dobrze, czy źle? Nie wiem. Niech to ocenią
inni. Ja staram się na co dzień robić wszystko dokładnie, najlepiej jak potrafię. Moją dewizą,
wpojoną mi przez Rodziców jest: "po mnie się nie poprawia". Ta dewiza ma zastosowanie również w malarstwie.
Obrazy moje powstają, na ogół długo. Zazwyczaj trwa to kilka tygodni, a bywa, że kilka miesięcy.
I nie uważam, żeby któryś z nich był całkowicie skończony.
C: Pani Barbaro?
B.K.: Jestem w nieustającym podziwie dla mojego męża. Jego malarstwo, według mnie, jest wspaniałe.
Bardzo dużo pracuje nad każdym obrazem. Nie raz słyszę go w drugim pokoju jak przeżywa malując,
tzn. śpiewa, wzdycha i nieraz myślę, że Mu się coś stało. Ale jakie obrazy wychodz?! Jest to
człowiek bardzo zorganizowany, wszystko musi być na swoim miejscu. Po każdym malowaniu robi idealny porządek.
To mi imponuje, bo ja taka nie jestem. Osobiście wysoko cenię malarstwo mojego męża. Kiedy nie maluje
jest towarzyski, zawsze pogodny i lubi żartować.
C: Tematyka. Często malujecie Państwo żywą przyrodę. Pan Henryk konie i pejzaże, Pani Barbara
kwiaty, gaje i lasy...
B:K: To wynika z naszych, na szczęście, zbieżnych upodobań. Zawsze pragnęliśmy żyć
wśród zwierząt i roślin. Między innymi dlatego, kilkanaście lat temu, "uciekliśmy" z Warszawy
i zamieszkaliśmy na wsi.
C: Co czujecie Państwo stojąc przy sztaludze?
H.K.: Jest to, niewątpliwie, chwila całkowicie osobista. Ja przy sztaludze nie umiem myśleć. Malowanie
"pochłania" mnie często do tego stopnia, że zupełnie nie słyszę co się wokół mnie
dzieje. Kiedyś żona podeszła do mnie z uwagą, że zbyt głośno śpiewam. Co sobie pomyślą
sąsiedzi? A śpiewałem, podobno, hymn "Jeszcze Polska nie zginęła..." Nie wiem, dlaczego właśnie
hymn ?
Żona natomiast twierdzi, że dopiero w czasie malowania ma czas na różne "rozmyślania".
C: Prezentowaliście Państwo swoje prace na wielu wystawach, a Państwa obrazy są ozdobą wielu prywatnych
kolekcji i zdobią niejedną ścianę. Co czuje artysta gdy prezentuje swoją pracę, co gdy się
z nią rozstaje?
H.K.: Prezentowanie swoich prac wynika, przede wszystkim, z potrzeby podzielenia się z odbiorcą swoimi wrażeniami,
jakie nam towarzyszyły przed malowaniem i w czasie malowania. Pisząc wiersze, komponując melodie staramy się
uzewnętrznić swoje emocje, uczucia, wrażenia. Jest to forma podzielenia się z innymi tym, co nas cieszy,
smuci, przeraża, zachwyca. Mamy również potrzebę poszukania "bratniej duszy", której chcielibyśmy się
poskarżyć licząc na zrozumienie. Nie robi się tego wyłącznie dla siebie aby to, co robimy, zamknąć,
ukryć przed światem, lub zniszczyć. Odnosi się to również do malarstwa. Poza tym, jest w człowieku
trochę próżności, która skłania do pochwalenia się, np. swoimi umiejętnościami, z cichą
nadzieją, że nikt tak nie potrafi. Jeżeli ktoś twierdzi, że jest tego pozbawiony, to znaczy, że
nie jest do końca szczery.
Pozbywamy się swoich prac z odrobiną smutku, który zawsze towarzyszy rozstaniom. Najchętniej byśmy
je wszystkie zatrzymali, aby móc na nie patrzeć do woli. Jednak szczupłość pomieszczeń, w których
żyjemy, niestety, na to nie pozwala. Na szczęście, mądrzy ludzie wymyślili wspaniałe, cyfrowe,
aparaty fotograficzne.
Ponad 50 procent swoich prac rozdaliśmy dobrym ludziom. Kilka obrazów ofiarowaliśmy, od serca, ludziom prawdziwie
potrzebującym wsparcia oraz na potrzeby biednych zwierząt, kilka sprzedaliśmy.
C: Panie Henryku wracając do Pana stosunku do koni, obok wspaniałych rumaków i wierzchowców potrafi Pan poświęcić
wiele czasu i uwagi wydawałoby się mniej okazałym okazom i wydobyć ich ukryte piękno.
H.K.: Tu dotyka Pan mojej, dosyć wrażliwej, struny. Leży to w moim charakterze. Wrażliwość
na ból, cierpienie, samotność itp. Widzę i podziwiam piękno koni "szlachetnie urodzonych". Bardzo je kocham
jak wszystkie konie. Ale najbardziej kocham właśnie te, często pomijane, zaniedbane, spracowane, niedożywione,
ale równie piękne, koniki robocze, chłopskie. Właśnie, dlatego je "wydobywam" żeby pokazać ich
osamotnienie, smutek. To takie moje "biedactwa". Mam ogromną pretensję i żal do ludzi, że tych koników
nie zauważają, albo lekceważą. Wpatrywanie się jedynie w "arabów" uważam za snobizm.
C: Pana ulubiony malarz i mistrz to W. Kossak, prawda?
H.K.: Oczywiście. Uważam Go za jedynego mojego nauczyciela. Jego twórczością jestem, po prostu,
zauroczony. Nie znaczy to, że chcę Go, przepraszam, małpować.
Malując obrazy, posługując się fotografiami Jego obrazów, uważam za wspaniałą lekcję.
Trudno mi powiedzieć precyzyjnie, co daje mi wpatrywanie się w Jego obrazy. Ale jest to dla mnie, za każdym
razem, ogromne przeżycie i przyjemność. W żadnym razie zazdrość, bowiem zdaję sobie sprawę,
że takiego poziomu nie jestem w stanie osiągnąć. Oprócz Wojciecha Kossaka biorę również nauki
od Jana Matejki, którego najwyżej cenię spośród wszystkich, polskich, malarzy.
C: A Pani Barbara, czy ma Pani szczególnie cenionych twórców?
B.K.: Dla mnie wielkimi mistrzami są: Józef Chełmoński, Leon Wyczółkowski i Olga Boznańska.
Oczywiście, mogłabym wymienić jeszcze kilka, lub kilkanaście wspaniałych nazwisk. Jednak te, które
wymieniłam, są najbliższe mojemu sercu.
C: A kompozytorów?
B.K.: Niezaprzeczalnie Fryderyk Szopen jest na pierwszym miejscu. W Jego utworach dostrzegam piękno, subtelność,
które staram się, nieśmiało, wykorzystywać w malarstwie. Poza Nim, Straussowie, Szpilman, Paderewski,
Rubinstein.
C: Mieszkacie Państwo nad malowniczym Bugiem. To pomaga w znalezieniu nastroju do pracy twórczej?
B.K.: O tak! Dużo spacerujemy po pięknych, nadbużańskich zakątkach, okolicznych lasach, przecudnych,
szczególnie wiosną, kiedy najpiękniej ptaki śpiewają, łąkach. Najciekawsze dla nas fragmenty
fotografujemy lub filmujemy, aby w domu, widokiem tym się delektować. To daje nam poczucie szczęścia i
zachęca do chwytania za pędzle.
C: Kilka obrazów namalowaliście Państwo wspólnie! Wyobrażam sobie, ze czasami ktoś musiał ustąpić,
czy też znajdowaliście Państwo kompromis?
H.K.: Wspólne malowanie traktowaliśmy jako zabawę. Do konfliktów, jak w przypadku Kossaka i Styki, nie dochodziło,
ponieważ oddzielał nas horyzont. Żona wolała malować górny fragment, czyli bujanie w obłokach,
a ja, z konieczności, dolny fragment, jak żartowaliśmy, bliżej piekła.
C: Na zakończenie czas na anegdotę związaną z państwa malarstwem, a może pouczającym
spostrzeżeniem?
H.K.: Zabawnych i śmiesznych sytuacji było wiele. Być może, opiszemy je w pamiętniku, który,
również wspólnie, zamierzamy napisać. Trochę ciekawych materiałów udało nam się już zgromadzić.
Wspomnę o jednej, zabawnej sytuacji, która została nawet wykorzystana w tytule jednego z artykułów o nas w
lokalnej prasie. Otóż, moja żona, pewnego dnia, malując leśny pejzaż, do tego stopnia straciła
panowanie nad sprawami kuchennymi, że gotujący się makaron zamieszała sporym pędzlem, upaćkanym
zieloną farbą olejną. Co zadziwiające, nawet tego nie zauważyła. Dopiero ja, nieco przymuszony
głodem, zajrzałem do garnka i stwierdziłem, że i kolor nietypowy i pływa w nim coś dziwnego.
Drogą dedukcji odkryliśmy tego przyczynę. Artykuł, o którym wspomniałem nosił tytuł "Pędzlem
w garnku".
C: Bardzo dziękuję za rozmowę, a jeszcze bardziej za przyjemność, jaką niesie obcowanie z
Państwa obrazami.
B.H.K: My również bardzo dziękujemy, szczególnie za danie nam możliwości zaprezentowania naszych
prac w tak wyjątkowym miejscu, jakim jest Galeria rysuj.pl, do tego w samym centrum naszego rodzinnego Miasta, Warszawy.
Wyszków, 31 maja 2008
**********************************
Wystawa w Domu Polonii w Pułtusku
(zamek Biskupów Płockich)
październik 2007 r.



*************************************
I Przegląd Twórczości
Nieprofesjonalnej
Dom Kultury w Wyszkowie
kwiecień 2007 r.
*************************************
Wystawa
w Bibliotece Publicznej w Wyszkowie
grudzień 2003 r.
*************************************
Wystawa
w Szkole C.K.U. w Wyszkowie
luty 2003 r.
*************************************
Wystawa
w Domu Kultury w Wyszkowie
październik 2002 r.
*************************************
Muzyczne spotkania
sierpień 2004 r.
*=*=*=*=*=*=*=*=*=*=*=*=*=*=*=*=*=*
|